Budda nie był istotą niebiańską, lecz zwykłym człowiekiem. Choć nie do końca zwykłym, bo urodził się jako książę.

Nazwany Siddhartha Gautama, wiódł dostatnie życie – mieszkał w Kapilawastu, w pięknym pałacu z bujnymi ogrodami pełnymi pawi, miał kochającą żonę i syna, ubóstwiających go rodziców, wiernych poddanych i gromadę nadobnych kurtyzan. Ojciec, Suddhodana, dokładał starań, by zaspokajano wszystkie jego potrzeby i zachcianki – ale w obrębie pałacowych murów. Bo kiedy Siddhartha był dzieckiem, astrolog przepowiedział, że w późniejszych latach książę wybierze życie pustelnika. Suddhodana natomiast za wszelką cenę chciał, aby syn odziedziczył po nim tron. Dni w pałacu upływały bezpiecznie, w luksusie i względnym spokoju. Siddhartha nigdy się nie kłócił z krewnymi; troszczył się o nich i bardzo ich kochał. Właściwie był w zgodzie ze wszystkimi – oprócz jednego kuzyna, z którym miewał spięcia.

W miarę upływu lat zaczął się interesować swoim krajem i światem poza jego granicami. Ulegając prośbom syna, król zgodził się wypuścić go poza mury na wyprawę, ale zarazem wydał bardzo ścisłe instrukcje woźnicy rydwanu, Czannie: książę powinien oglądać tylko rzeczy piękne i zdrowe. Siddharcie bardzo spodobały się góry i rzeki oraz bujna przyroda. Ale w drodze powrotnej zobaczył chłopa, który jęczał przy drodze, wijąc się z bólu z powodu jakiejś straszliwej choroby. Dotąd Siddhartha żył w otoczeniu rosłych strażników i powabnych dwórek. Dlatego widok wyniszczonego chorobą pojękującego człowieka stanowił dla niego wstrząs. Ten obraz kruchości ludzkiego ciała wywarł na nim ogromne wrażenie. Do pałacu książę powrócił z ciężkim sercem.

Wyglądało na to, że z czasem otrząsnął się z szoku, mimo to zapragnął wybrać się na kolejną wyprawę. Suddhodana znów się zgodził, acz niechętnie. Tym razem Siddhartha zobaczył utykającą bezzębną staruchę. Natychmiast rozkazał woźnicy zatrzymać rydwan.

– Dlaczego ona tak dziwnie idzie? – spytał.
– Bo jest stara, książę – odparł Czanna.
– Co znaczy „stara”?
– Części jej ciała zużyły się i zepsuły od długiego życia.

Wstrząśnięty Siddhartha polecił woźnicy wracać do pałacu.
Odtąd już nikt nie zdołał pohamować jego rozbudzonej ciekawości – co jeszcze znajduje się za pałacowymi murami? Książę pojechał z Czanną na trzecią wyprawę. Znów rozkoszował się pięknem swojej krainy, oglądał góry i potoki. Ale w drodze powrotnej do domu natknęli się na czterech żałobników niosących zmarłego w palankinie. Siddhartha nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Czanna wyjaśnił, że kruche ciało jest w rzeczywistości martwe.

– Czy śmierć przychodzi też po innych? – spytał książę.
– Tak – odrzekł woźnica. – Przychodzi po wszystkich.
– Po mojego ojca też przyjdzie? Nawet po mojego syna?
– Tak, po każdego. Nieważne, bogacz czy biedak, człowiek z wysokiej kasty czy z niskiej, nikt nie ujdzie śmierci. Taki jest los wszystkich, którzy rodzą się na tym świecie.

Słysząc po raz pierwszy historię o początkach urzeczywistnienia Siddharthy, możemy odnieść wrażenie, że był wyjątkowo naiwny. Dziwimy się, że książę, wychowywany na następcę tronu, zadawał tak infantylne pytania. Ale to my jesteśmy naiwni. Dziś, w dobie informacji, otaczają nas wizerunki rozpadu i śmierci – widzimy egzekucje, walki byków, krwawe mordy. Ale obrazy te nie przypominają nam o własnym losie, lecz służą rozrywce i czerpaniu zysków. Śmierć stała się towarem na rynku. Większość z nas nie kontempluje śmierci na głębszym poziomie. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że nasze ciało i środowisko zbudowane są z nietrwałych elementów, które mogą się rozpaść za najlżejszym dotknięciem. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że pewnego dnia umrzemy. Ale większość uważa, że na razie nie ma się czym martwić – chyba że akurat zdiagnozowano u kogoś śmiertelną chorobę. W tych rzadkich chwilach, gdy przypominamy sobie o śmierci, myślimy: „Ciekawe, ile odziedziczę w spadku”. Albo: „Gdzie rozsypią moje prochy?”. Dlatego to my jesteśmy naiwniakami.

Po trzeciej wyprawie Siddhartha był autentycznie przygnębiony, ponieważ zdał sobie sprawę, że nie potrafi uchronić swoich poddanych, rodziców, a przede wszystkim ukochanej żony Jaszodhary i syna Rahuli przed nieuchronną śmiercią. Mógł zapobiec takim nieszczęściom jak ubóstwo, głód i bezdomność, ale nie potrafił powstrzymać nadejścia starości i śmierci. Nękany tymi uporczywymi myślami, próbował porozmawiać z ojcem o śmiertelności. Suddhodana – co zrozumiałe – był zaniepokojony, że syn tak bardzo zajmuje się dylematami, które uważał za kwestie teoretyczne. Martwił się też coraz bardziej, że spełni się przepowiednia astrologa i Siddhartha wybierze żywot ascety, zamiast odziedziczyć królestwo jako prawowity następca tronu. W tamtych czasach często się zdarzało, że zamożni, mający wysoką pozycję Hindusi zostawali ascetami. Starał się więc rozwiać niepokoje syna, ale wciąż pamiętał o przepowiedni.

Okazało się, że nie są to przelotne melancholijne nastroje. Siddhartha popadł w obsesję. Aby syn nie pogrążył się w jeszcze głębszej depresji, Suddhodana zakazał mu opuszczać pałac i potajemnie polecił dworzanom pilnować księcia. Jednocześnie, jak każdy troskliwy ojciec, próbował ratować sytuację, a więc ukrywał przed Siddharthą wszelkie oznaki rozpadu i śmierci.

DZIECIĘCE GRZECHOTKI I INNE CHWYTY

Pod wieloma względami jesteśmy tacy sami jak Suddhodana. W codziennym życiu staramy się odruchowo ukrywać – przed sobą i innymi – prawdę. Napominamy się, żeby „się nad tym nie rozwodzić”, i szukamy pozytywnych potwierdzeń. Kiedy obchodzimy urodziny, zdmuchujemy świeczki na torcie – nie dostrzegając, że zgasłe płomyki można również postrzegać jako przypomnienie, iż zbliżyliśmy się do śmierci o kolejny rok. Sylwestra świętujemy petardami i szampanem, nie dopuszczając do siebie myśli, że stary rok już nie wróci, a nowy to wielka niewiadoma – bo przecież wszystko może się zdarzyć.

Gdy dopada nas ta niemiła świadomość, że „wszystko może się zdarzyć”, celowo odwracamy od tego uwagę, jak matka odwracająca uwagę dziecka za pomocą grzechotki albo innej zabawki. Gdy czujemy się przygnębieni, idziemy na zakupy, do restauracji lub kina. Snujemy różne fantazje i planujemy życiowe osiągnięcia – dom na plaży, nagrody i trofea, wczesna emerytura, świetny samochód, wspaniali przyjaciele i rodzina, sława, miejsce w Księdze rekordów Guinnessa. Na późniejszym etapie życia pragniemy mieć wiernego partnera, z którym moglibyśmy wybrać się w podróż dookoła świata albo hodować rasowe pudle. Czasopisma i telewizja ugruntowują takie wzorce szczęścia i sukcesu, wciąż tworząc nowe iluzje, które nas mamią. Te wyobrażenia o sukcesie to właśnie dziecięce grzechotki dla dorosłych. Każdego dnia mamy mnóstwo zajęć, ale czy cokolwiek – w naszym myśleniu lub działaniu – wskazuje, że uświadamiamy sobie, jak kruche jest życie? Tracimy czas w kolejce do multikina, żeby zobaczyć kiepski film. Albo pędzimy do domu, żeby zdążyć na reality show w telewizji. Siadamy i oglądamy reklamy w oczekiwaniu na program… a życie ucieka.

Przelotna odsłona starości i śmierci wystarczyła, aby Siddhartha zapragnął odkryć całą prawdę o rzeczywistości. Po trzeciej wyprawie kilka razy próbował wymknąć się z pałacu na własną rękę, ale bez powodzenia. A potem stało się coś nadzwyczajnego: pewnej nocy, po typowej uczcie i hulankach, tajemniczy urok spadł na pałac, obezwładniając cały dwór oprócz Siddharthy. Książę obszedł sale i zobaczył, że wszyscy, od samego króla po ostatnich służących, zapadli w głęboki sen. Buddyści wierzą, że ta zbiorowa senność nadeszła dzięki zasłudze wszystkich ludzi, ponieważ było to zdarzenie, które zapoczątkowało narodziny wyjątkowej istoty.

Zwolnione z obowiązku przypodobania się rodzinie królewskiej kurtyzany spały w niedbałych pozach, chrapiąc przez rozdziawione usta; ozdobione pierścieniami dłonie trzymały w misach z curry. Zbrzydły nagle niczym zdeptane kwiaty. Siddhartha nie rzucił się, żeby zaprowadzać porządek – co być może my byśmy zrobili. Widok ten tylko wzmocnił jego determinację. Przebrzmiała uroda kobiet była kolejną oznaką nietrwałości. Gdy wszystkich zmorzył sen, książę mógł wreszcie niezauważenie wyjść z pałacu. Spojrzał po raz ostatni na Jaszodharę i Rahulę, po czym zagłębił się w noc.

Pod wieloma względami przypominamy Siddharthę. Może nie jesteśmy arystokratami ze stadem pawi, ale mamy własne kariery, udomowione koty i niezliczone obowiązki. Mamy swoje pałace – klitki w slumsach, dwupiętrowe domy na przedmieściach albo apartamenty w Paryżu. Mamy też Jaszodhary i Rahule. A jednak wszystko idzie przez cały czas na opak. Psują się urządzenia, wybuchają kłótnie z sąsiadami, przecieka dach. Umierają ci, których kochamy. Albo wyglądają trupio rankiem, zanim się obudzą – leżąc w niedbałej pozie jak kurtyzany w pałacu Siddharthy. Może cuchną papierosami lub sosem czosnkowym z poprzedniego wieczora. Ciosają nam kołki na głowie i przeżuwają jedzenie z otwartymi ustami. Mimo to trwamy przy nich z własnej woli, nie próbujemy uciekać. Albo, jeśli mamy już naprawdę dość, zrywamy związek tylko po to, żeby zacząć kolejny z drugą osobą. To błędne koło nigdy nam się nie znudzi, bo wciąż mamy nadzieję i wiarę, że gdzieś czeka na nas idealny partner albo rajska Szangri-la. Gdy zaś odczuwamy codzienne irytacje, odruchowo myślimy, że umiemy nad wszystkim zapanować: to się da naprawić, powtarzamy sobie, zrobimy to bez trudu tak samo, jak myjemy zęby. Znów czujemy, że niczego nam nie brakuje.

Być może sądzimy, że dzięki życiowym doświadczeniom pewnego dnia uzyskamy pełną dojrzałość. Liczymy, że staniemy się starymi mędrcami podobnymi do Jody. Nie zdajemy sobie sprawy, że dojrzałość to tylko kolejny aspekt rozpadu. Podświadomie łudzimy się nadzieją, że dożyjemy takiego etapu, gdy nie będziemy już musieli niczego naprawiać. Że przyjdzie dzień, kiedy będzie można powiedzieć: „Odtąd żyłem długo i szczęśliwie”. Takie mamy postanowienie i święcie wierzymy w jego realizację. Jakby wszystkie nasze doświadczenia do tej pory – całe nasze życie – były tylko próbą generalną. Uważamy, że nasz wielki występ dopiero nadejdzie, więc po co mielibyśmy żyć dniem dzisiejszym?

Dla większości ludzi te nieustanne zmiany, modyfikacje i poprawki są definicją „codzienności”. W rzeczywistości czekamy, aby życie dopiero się rozpoczęło. Nagabywani przyznajemy, że dążymy do jakiegoś przyszłego ideału – będzie to emerytura w leśniczówce z bali w Kennebunkport albo w chacie gdzieś w Kostaryce. Lub marzymy, że ostatnie lata przeżyjemy w jakimś wyidealizowanym lasku z chińskiego malowidła, gdzie będziemy pogodnie medytować w domku herbacianym z widokiem na wodospad i sadzawkę z karpiami.

Mamy również skłonność do myślenia, że kiedy już umrzemy, świat będzie istniał nadal. Będzie świeciło to samo słońce, te same planety będą się obracać – bo w naszym mniemaniu działo się tak od zarania dziejów. Nasze dzieci „posiądą ziemię”. To pokazuje, jak mało wiemy o zmienności świata i jego zjawisk. Dzieci czasem umierają wcześniej niż rodzice. I nie zawsze spełniają ich nadzieje. Być może z naszego słodkiego bobaska wyrośnie ćpający kokainę bandzior, który będzie przyprowadzał do domu podejrzane panienki. Ze skrajnie prawicowych rodzin wywodzą się czasem najbardziej ostentacyjni homoseksualiści, podobnie jak dziecko beztroskich hipisów może w dorosłym życiu zostać neokonserwatystą. Mimo to wciąż lgniemy do archetypu rodziny i marzymy, że nasza krew, kształt naszej szczęki, nazwisko i tradycja zostaną unieśmiertelnione w potomstwie.

POSZUKIWANIE PRAWDY TO BŁĄD?

Należy rozumieć, że książę Siddhartha nie porzucił rodzinnych obowiązków; nie uległ pokusie, żeby przyłączyć się do wspólnoty uprawiającej ekologiczną żywność, nie podążył za żadnym romantycznym marzeniem. Opuścił dom jako przykładny mąż i ojciec, który zrezygnował z wygód, aby zapewnić najbliższym to, co najważniejsze – choć oni chyba tego nie postrzegali w ten sposób. Możemy sobie tylko wyobrazić rozpacz i żal Suddhodany, gdy obudził się nazajutrz. Takie samo rozczarowanie przeżywają dziś rodzice, których nastoletnie dziecko uciekło do Katmandu albo na Ibizę w pogoni za jakąś utopijną wizją – podobnie jak robiły to dzieci kwiaty w latach sześćdziesiątych (wiele pochodziło z zamożnych, ustatkowanych rodzin). Siddhartha nie nosił dzwonów ani kolczyków i nie farbował włosów na różowo. Zamiast tego zrzucił książęcy strój. Zrezygnował z atrybutów wysokiego statusu i wykształcenia, odział się w skrawek tkaniny i stał wędrownym mnichem.

Nasze społeczeństwo, nawykłe do oceniania ludzi na podstawie tego, co mają, a nie kim są, wolałoby, żeby Siddhartha pozostał w pałacu, wiódł dalej aksamitne życie i kontynuował królewski ród. Wzorem sukcesu w naszym świecie jest Bill Gates. Rzadko kiedy myślimy, że sukces odniósł Gandhi. W niektórych społeczeństwach azjatyckich, podobnie jak na Zachodzie, rodzice wywierają presję na dzieci, aby bez względu na wszystko odnosiły jak największe sukcesy w szkole. Dzieci muszą mieć najlepsze stopnie, żeby się dostać na najlepsze uniwersytety, a potem muszą mieć najlepsze stopnie na uniwersytecie, żeby dostać najlepszą posadę w banku. Wszystko po to, aby dana rodzina mogła trwać jako „dynastia”.

Wyobraź sobie, że twój syn nagle porzuca wspaniałą, lukratywną karierę, bo uświadomił sobie nieuchronność starości i śmierci. Nie widzi już sensu w czternastogodzinnym dniu pracy, podlizywaniu się szefowi, wściekłym zwalczaniu konkurencji, niszczeniu środowiska naturalnego i przymykaniu oka na niewolniczy wyzysk dzieci, nie chce już żyć w nieustannym napięciu – wszystko tylko po to, by raz w roku mieć kilka tygodni wakacji. Mówi, że chce sprzedać akcje giełdowe, oddać wszystkie pieniądze na sierociniec i zostać włóczęgą. Co byś zrobił? Pobłogosławiłbyś go i chwalił się przed przyjaciółmi, że twój syn wreszcie poszedł po rozum do głowy? A może raczej uznałbyś, że zachowuje się nadzwyczaj nieodpowiedzialnie i powinien iść do psychiatry?

Zwykły sprzeciw wobec starości i śmierci nie wystarczył, by Siddhartha zerwał z dotychczasowym życiem w pałacu i wyruszył w nieznane. Książę postanowił podjąć tak drastyczne kroki, bo nie umiał pogodzić się z tym, że taki jest los wszystkich istot, które kiedykolwiek przyszły lub przyjdą na świat. Jeśli wszystko, co się narodzi, nieuchronnie ulegnie rozpadowi i umrze, to pawie w ogrodzie, klejnoty, baldachimy, kadzidła, muzyka, złota taca, na której Siddhartha kładł domowe pantofle, cudzoziemskie karafki, więź z Jaszodharą i Rahulą, z całą rodziną i krajem nie miały znaczenia. Jaki zatem jest sens tego wszystkiego? Dlaczego jakikolwiek człowiek przy zdrowych zmysłach miałby ronić łzy za czymś lub przelewać krew za coś, co przecież i tak pewnego dnia przeminie albo będzie musiało zostać porzucone? Czy Siddhartha mógł pozostać w złudnej błogości pałacowego życia?

Możemy się zastanawiać, po co w ogóle odszedł. Przecież śmierć była tak samo nieuchronna w pałacu, jak i poza jego murami. Przecież nawet za wszystkie skarby królestwa Siddhartha nie kupiłby sobie dłuższego życia. Czy wyruszył na poszukiwanie nieśmiertelności? Wiemy, że to bezowocne. Bawią nas wspaniałe mity o nieśmiertelnych bogach greckiego panteonu, legendy o świętym Graalu zawierającym eliksir życia, historie o Ponce de León, który poprowadził konkwistadorów na daremne poszukiwania źródła wiecznej młodości. Chichoczemy na wspomnienie o słynnym cesarzu Chin Qin Shi Huangu, który wysłał ekspedycję prawiczków i dziewic do odległych krain, aby znaleźli eliksir zapewniający długowieczność. Możemy odnieść wrażenie, że Siddhartha pragnął tego samego. To prawda, że w opuszczeniu pałacu kryła się pewna naiwność – nie mógł przecież zagwarantować swej żonie i synowi wiecznego życia – ale jego poszukiwania nie poszły na marne.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Dzongsara Dżamjanga Kjence Rinpocze „Jak nie być buddystą”. Cały tekst dostępny jest do bezpłatnego pobrania, jako e-book na stronie http://dharmaebooks.org.