Aby przebić się przez ambicje ego, musimy zrozumieć, w jaki sposób używamy własnych projekcji dla potwierdzenia swojej egzystencji. Przyczyną, źródłem wysiłku dla umacniania naszej „solidności” i „konkretności”, jest niepewność co do tego, czy istniejemy naprawdę, czy nie.

Napędzani tą niepewnością szukamy dowodów na własne istnienie, poprzez wyszukiwanie sobie punktu odniesienia na zewnątrz siebie, czegoś, z czym możemy mieć jakiś związek, czegoś stałego, od czego czujemy się różni. Całe to przedsięwzięcie jest jednak niepewne i wątpimy w nie, gdy tylko spoglądamy wstecz. Może popełniamy gigantyczną pomyłkę?

Pomyłką jest poczucie stałości siebie i innych. To dualistyczne ustalenie pojawia się z nie-bycia. Na początku jest tylko otwarta przestrzeń, punkt Zero, samowystarczające, bez odniesień. My jednak – aby tę zerowość potwierdzić – musimy stworzyć kogoś, kto potwierdza, że zero istnieje. Ale i to nie wystarcza. Moglibyśmy utknąć przy zero i jeden, więc stwarzamy dwa, aby potwierdzić jeden; trzy, aby potwierdzić dwa itd. W ten sposób organizujemy podstawę, fundament, z którego możemy posuwać się dalej – w nieskończoność. To zwane jest Samsarą, nieprzerwanym, błędnym kołem potwierdzenia egzystencji. Jedno potwierdzenie pociąga za sobą inne potwierdzenia, które z kolei pociąga za sobą następne itd…

Próba potwierdzenia swej solidności jest bardzo bolesna. Stale odkrywamy, że ześlizgujemy się z krawędzi podłogi, choć wydawała się ona rozciągać daleko. Wówczas próbujemy uratować się przed śmiercią, dobudowując natychmiast przedłużenie podłogi. Wydaje się nam, że jesteśmy bezpieczni na naszej solidnie wyglądającej podłodze, lecz ześlizgujemy się znów i musimy dobudować następne przedłużenie. Nie postrzegamy wcale, że cały ten proces jest zbyteczny, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa upadku, ani potrzeby oparcia. W rzeczywistości nasze wysiłki stwarzania sobie podstawy są wielkim żartem, największym ze wszystkich, żartem kosmicznym, lecz my nie widzimy w tym nic śmiesznego – dla nas to całkiem poważna sprawa, coś w rodzaju podwójnego oszustwa.

Aby dokładniej zrozumieć ten proces potwierdzania siebie i innych, czyli powstawania i rozwoju ego, pomocne jest zaznajomienie się z buddyjskim pojęciem pięciu skandh, które opisują ego jako proces pięciostopniowy.

Pierwszy stopień czy skandha – narodziny ego – jest zwany formą lub podstawową niewiedzą. Nie dostrzegamy otwartej, płynącej, inteligentnej właściwości przestrzeni. Kiedy pojawi się w naszym wewnętrznym doświadczeniu jakiś otwór albo przestrzeń, jeśli zaistnieje nagły, krótki wgląd w świadomość, otwartość, brak „ja”, to zaraz pojawia się podejrzenie: „Przypuśćmy, że nie ma we mnie żadnego trwale oddzielonego JA. To przerażające. Nie chcę tego badać dalej”. Ta niejasna paranoja, niepewność, prawdopodobieństwo, że coś mogłoby się nie zgadzać, stanowi właśnie źródło karmicznej reakcji łańcuchowej. To strach przed pełnym pomieszaniem i zwątpieniem. Strach przed brakiem JA, przed stanem bez ego, oznacza stan ciągłego zagrożenia dla nas. „Załóżmy, że jest tak w istocie – co wtedy? Boję się spojrzeć takiej sytuacji w oczy”. Chcielibyśmy utrzymać pewną solidność, lecz jedynym dostępnym materiałem, z którym możemy pracować jest przestrzeń, nieobecność ego; staramy się więc utrwalić, zamrozić to doświadczenie przestrzeni. Niewiedza nie jest w tym wypadku głupotą, tylko uporem. Nagle jesteśmy oszołomieni odkryciem JA; nie chcąc tego zaakceptować, chcemy się czegoś uczepić.

Następnym krokiem jest próba znalezienia jakiegoś sposobu zajęcia się czymś, odwrócenia naszej uwagi od samotności. W ten sposób rozpoczyna się karmiczna reakcja łańcuchowa. Karma zależy od uwarunkowań między tym i tamtym – moją egzystencją i moimi projekcjami – i nieustannie odradza się, ponieważ bez przerwy usiłujemy się czymś zajmować. Mówiąc inaczej – wciąż istnieje lęk przed nie potwierdzeniem się przez własne projekcje. Nieustannie musimy starać się dowieść swego istnienia poprzez odczuwanie naszych projekcji jako czegoś konkretnego. Odczuwanie czegoś trwałego na zewnątrz upewnia nas (pozornie), że również jesteśmy trwałą, konkretną jaźnią. Nazywane jest to drugą skandhą – czuciem.

Na trzecim stopniu, ego rozwija trzy strategie, trzy impulsy, według których ustosunkowuje się do swoich projekcji: obojętność, pożądanie i agresję. Impulsy te prowadzone są przez postrzeganie. Postrzeganie jest w tym wypadku uwikłanym w siebie uczuciem – przeświadczeniem, że musimy oficjalnie donosić swemu centralnemu organowi zarządzania o tym, co dzieje się w każdej konkretnej chwili. Wówczas możemy manipulować każdą sytuacją, organizując odpowiednią taktykę.

W strategii obojętności paraliżujemy te obszary czucia, których chcemy unikać, o których myślimy, że mogą nam zaszkodzić. Nakładamy zbroję. Drugą strategią jest pożądanie – usiłowanie uchwycenia i wchłonięcia czegoś. Jest to proces magnetycznego przyciągania. Zazwyczaj nie chwytamy niczego, jeśli czujemy się dostatecznie bogaci, ale ilekroć wystąpi uczucie ubóstwa, głodu, bezsilności (nieudolności), wówczas sięgamy na zewnątrz, wyciągamy swoje macki i próbujemy przyssać się do czegoś. Agresja – trzecia strategia – jest również oparta na doświadczeniu ubóstwa, uczuciu, że nie możemy być i dlatego musimy odparować to, co zagraża naszej własności lub pożywieniu. Co więcej, im bardziej świadomi jesteśmy możliwości zagrożenia, tym bardziej desperackie stają się nasze reakcje. Staramy się biec coraz szybciej, aby znaleźć sposób na zdobycie pożywienia i obronę siebie. To rozbieganie jest pewną formą agresji. Agresja, pożądanie i obojętność są składowymi trzeciej skandhy, którą jest postrzeganie – impuls.

Niewiedza, czucie, impulsy i postrzeżenia – wszystko to są procesy instynktowne Operujemy systemem radarowym, który wyczuwa nasze terytorium. Jednak nie moglibyśmy umocnić ego we właściwy sposób bez intelektu, bez zdolności posługiwania się pojęciami i nazwami. Ponieważ mamy teraz bogaty zbiór rzeczy dziejących się w naszym wnętrzu, zaczynamy układać je w kategorie, wkładać do różnych przegródek, nazywać je. Robimy to, by tak rzec, oficjalnie. W ten sposób intelekt, czyli pojęcie, jest następnym stopniem ego, czwartą skandhą, lecz nawet to nie wystarcza. Potrzebujemy bardzo aktywnego i sprawnego mechanizmu, aby koordynować procesy intelektualne i instynktowne Jest to ostatni stopień rozwoju ego, piąta skandha – świadomość.

Świadomość składa się z emocji i nieregularnych wzorców myślowych, a wszystkie razem tworzą różne fantastyczne światy, którymi się zajmujemy. Te wyobrażeniowe światy zwane są w pismach Sześcioma Światami. Emocje są przyboczną świtą ego i generałami jego armii. Podświadome myśli, marzenia na jawie i inne formy myślowe, łączą jeden obszar umysłu z innymi, tworzą armię ego i są nieustannie w ruchu, są nieustannie zajęte. Nasze myśli są neurotyczne – w tym sensie, że są chaotyczne, nieustannie zmieniają kierunek i zachodzą jedna na drugą. Bez przerwy skaczemy z jednej myśli na drugą, od myśli duchowych do fantazji seksualnych, od spraw pieniędzy do myśli związanych z domem itd. Cały ten rozwój pięciu skandh; niewiedzy-formy, czucia, impulsów-postrzeżeń, pojęć i świadomości – jest z naszej strony próbą osłonięcia się przed prawdą o naszej niesubstancjalności.

Praktyka medytacji ma ukazywać przejrzystość tej osłony. Nie możemy jednak zaczynać od samej podstawowej niewiedzy. Przypominałoby to próbę zburzenia ściany za pierwszym razem. Jeśli chcemy usunąć tę ścianę, musimy rozebrać ją cegła po cegle, zacząć od bezpośrednio dostępnego materiału, toteż praktyka medytacji zaczyna się od emocji i myśli, w szczególności zaś od procesów myślenia.

Fragment książki Czogiama Trungpy
„Mit wolności i droga medytacji. Psychologia buddyjska”,
przekład Irek Fetings, Szczecin 1988.

Źródło: buddyzm.edu.pl