Czasami nie można znaleźć czasu na codzienną formalną praktykę. Przygotowanie się do ważnego spotkania albo udział w ważnym wydarzeniu, jak wesele czy impreza urodzinowa, są czasochłonne. Bywa, że obiecaliśmy dzieciom, partnerowi lub małżonce zrobić coś wyjątkowego. Albo jesteśmy po prostu tak zmęczeni obowiązkami, że chętnie położylibyśmy się spać lub tylko pooglądalibyśmy telewizję.

Czy odpuszczenie sobie jednego czy dwóch dni formalnej praktyki świadczy o tym, że jesteśmy złymi ludźmi? Nie. Czy odwróci zmiany, których dokonaliśmy, gdy znajdowaliśmy czas na formalną praktykę? Nie. Czy odpuszczenie dnia, dwóch dni (lub trzech) formalnej praktyki znaczy, że musimy zacząć od początku pracę ze swoim niezdyscyplinowanym umysłem? Nie.

Formalna praktyka jest wspaniała, ponieważ dzięki siedzeniu przez pięć, dziesięć lub piętnaście minut dziennie zaczynamy zmieniać swój punkt widzenia. Większość jednak z pierwszych uczniów Buddy była rolnikami, pasterzami i koczownikami. Zajmowali się, zwierzętami i opieką nad rodziną, nie mieli więc zbyt dużo czasu, żeby usiąść wygodnie ze skrzyżowanymi nogami, wyprostowanymi ramionami i prawidłowo skoncentrowanym wzrokiem, aby choć przez kilka minut formalnie praktykować. Zawsze gdzieś w pobliżu beczała owca albo płakało dziecko, albo nagle wbiegał ktoś do namiotu, by ostrzec o nadchodzącej ulewie i zagrożeniu dla zbiorów.

Budda rozumiał te problemy. Mimo że zmyślone historie o jego urodzinach i dorastaniu opisują go jako syna zamożnego króla, wychowanego w cudownym pałacu pełnym przyjemności, w rzeczywistości jego pochodzenie jest o wiele skromniejsze. Jego ojciec był jednym z kilku wodzów szesnastu republik toczących walki w obronie przed potężną indyjską monarchią. Matka Buddy zmarła przy porodzie; ojciec zmusił go, by jeszcze jako młodzieniec ożenił się i spłodził spadkobiercę. Został wydziedziczony, kiedy uciekł z domu w poszukiwaniu życia, które mogło mieć głębsze znaczenie niż polityczne i wojskowe intrygi.

Zatem kiedy mówimy o Buddzie, mamy na myśli człowieka, który rozumiał, że życie nie zawsze daje szansę i wolny czas na formalną praktykę. Jednym z jego największych darów, jaki przekazał ludzkości, była lekcja, iż zawsze i wszędzie można medytować. Tak naprawdę łączenie medytacji z życiem codziennym jest jednym z głównych założeń praktyki buddyjskiej. Wszystko, co robimy w życiu, możemy wykorzystać w medytacji. Możemy obserwować swoje myśli podczas dnia, przez chwilę skupić uwagę na doświadczeniach takich jak zapach, smak czy dźwięk albo zwyczajnie spoczywać kilka sekund w cudownym doświadczeniu zwykłej świadomości wszystkiego, co rozgrywa się w naszym umyśle.

Jednak kiedy praktykujemy nieformalnie, ważne jest, aby wyznaczyć sobie pewien cel – na przykład dwadzieścia pięć nieformalnych sesji medytacyjnych, które trwają nie dłużej niż minutę lub dwie w ciągu całego dnia. Dobrze jest też śledzić przebieg swoich sesji. Mnisi i koczownicy w krajach Trzeciego Świata robią to za pomocą paciorków modlitewnych. Jednak ludzie Zachodu maja o wiele szerszy wachlarz możliwości – włączając przenośne kalkulatory, notesy elektroniczne, a nawet małe urządzenia do podsumowywania zakupów, których używa się w sklepach spożywczych. Możemy również śledzić przebieg naszych sesji, po prostu zapisując wyniki w notesie. Chodzi głównie o to, żeby liczyć nieformalną praktykę medytacji, aby wiedzieć, ile nam pozostało do osiągnięcia wyznaczonego celu. Na przykład jeśli praktykujemy medytację bez obiektu, liczymy ją jako jeden. Kiedy się rozproszymy, spróbujmy jeszcze raz i policzmy jako dwa.

Jedna z cudownych zalet organizowania swojej praktyki medytacji polega na tym, że jest ono wygodne i nieograniczone miejscem. Możemy praktykować wszędzie – na plaży, w kinie, w pracy, w restauracji, w autobusie lub metrze i w szkole – jeśli tylko nie zapomnimy, że naszą intencją medytacji jest medytacja. Bez względu na to, co myślimy o swojej praktyce, chodzi o śledzenie przebiegu motywacji. Kiedy przyjdzie nam stawić czoło niechęci, przypomnijmy sobie historię o krowie, która oddaje mocz, spacerując. To powinno wystarczyć, by na nasze twarze powrócił uśmiech i byśmy przypomnieli sobie, że praktykowanie jest tak łatwe i konieczne jak załatwianie się.

Kiedy przyzwyczailiśmy się już do dwudziestu pięciu krótkich sesji dziennie, możemy przesunąć cel do pięćdziesięciu nieformalnych sesji, po czym powoli zwiększać liczbę aż do stu. Chodzi o to, by mieć plan. Jeśli go nie sporządzimy, całkowicie zapomnimy o praktyce. Tych kilka sekund bądź minut każdego dnia, kiedy spoczywamy lub koncentrujemy się, pomaga w uspokojeniu umysłu. Dzięki temu, kiedy w końcu znajdziemy okazję, aby usiąść do formalnej praktyki, nie będziemy się czuli tak, jakbyśmy siadali do obiadu z nieznajomym. Nasze myśli, uczucia i percepcje będą nam bardziej znajome. Jak starzy przyjaciele, z którymi możemy usiąść i szczerze porozmawiać.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Yongeya Mingyura Rinpocze „Żyj z radością”, wydanej przez Wydawnictwo Galaktyka. Przekład z języka angielskiego Łukasz Szpunar.