Dwa tysiące pięćset trzydzieści osiem lat po tym, gdy Siddhartha opuścił królewski pałac – o tej porze roku, gdy miliony ludzi świętują i się bawią, oczekując nowego początku, gdy niektórzy wspominają Boga, a inni korzystają z sezonowych wyprzedaży w sklepach – światem wstrząsnęło katastrofalne tsunami. Nawet najbardziej zatwardziałe serca były poruszone tym, co się stało.

W miarę jak telewizja podawała coraz więcej szczegółów, niektórzy z nas zapragnęli, by nagle zainterweniował Orson Welles, oznajmiając, że to wszytko to wielka mistyfikacja. Albo żeby Spiderman ruszył na ratunek.

Nie ma wątpliwości, że Siddhartha ze ściśniętym sercem oglądałby sceny ukazujące ofiary wyrzucone przez morze na brzeg. Ale jeszcze bardziej zabolałoby go to, że jesteśmy zaskoczeni tym obrotem spraw – bo to dowód naszego nieustannego zaprzeczania prawu nietrwałości. Nasza planeta składa się z ulotnej magmy. Każdy ląd – Australia, Tajwan, obie Ameryki – przypomina rosę, która za chwilę spadnie ze źdźbła trawy. Mimo to wciąż budujemy nowe drapacze chmur i tunele. Niepohamowane wycinanie lasów – bo musimy produkować jednorazowe pałeczki do ryżu i ulotki reklamowe – jedynie przyśpiesza działanie prawa nietrwałości. Oznaki końca różnych zjawisk nie powinny nas dziwić, mimo to wciąż trwamy przy swoim.

Nawet po tak druzgocącym przypomnieniu o nietrwałości, jakim było tsunami, pamięć o śmierci i zniszczeniu wkrótce się zatrze. W miejscach, gdzie mieszkańcy rozpoznawali zwłoki swoich bliskich, powstaną nowe luksusowe kurorty wakacyjne. Ludzie na całym świecie znów wpadną w pułapkę kreowania rzeczywistości, powodowani nadzieją na osiągnięcie trwałego szczęścia. „Obyśmy żyli długo i szczęśliwie” – takie życzenie jest niczym innym jak zakamuflowanym pragnieniem trwałości. Tworzenie takich pojęć jak „wieczna miłość”, „nieprzemijające szczęście” czy „zbawienie” rodzi tylko kolejne oznaki przemijania.

Nasze aspiracje i owoce naszych działań są sprzeczne. Zamierzamy ugruntować siebie i nasz świat, ale zapominamy, że zużycie zaczyna się w tej samej chwili, w której zaczyna się tworzenie. Nie chcemy rozpadu, lecz nasze działania stanowią prostą do niego drogę.

Budda zalecał, byśmy przynajmniej pamiętali o prawdzie nietrwałości i świadomie jej nie zafałszowywali. Zachowując świadomość złożoności zjawisk, rozumiemy ich współzależność. Dostrzegając współzależność, dostrzegamy nietrwałość. A gdy pamiętamy, że rzeczy są nietrwałe, łatwiej ustrzeżemy się wpadania w pułapkę założeń, utrwalonych przekonań (zarówno religijnych, jak i świeckich), systemów wartości i ślepej wiary. Taka świadomość uchroni nas od wszelkiego rodzaju dramatów osobistych, rodzinnych i politycznych. Zaczynamy rozumieć, że nie kontrolujemy w pełni – i nigdy nie będziemy kontrolować – biegu spraw, nie musimy więc oczekiwać, że wszystko ułoży się pod dyktando naszych nadziei i lęków. To niczyja wina, gdy sprawy nie idą po naszej myśli, ponieważ przesądzają o tym niezliczone przyczyny i uwarunkowania. Świadomość tę możemy skierować z najodleglejszych granic naszej wyobraźni aż na poziom subatomowy. Nawet atomom nie wolno ufać.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Dzongsara Dżamjanga Kjence Rinpocze „Jak nie być buddystą”. Cały tekst dostępny jest do bezpłatnego pobrania, jako e-book na stronie http://dharmaebooks.org.