Może się wydawać, że nie wszystkie emocje są cierpieniem – a co z miłością, radością, twórczą inspiracją, gotowością do poświęceń, ekstazą, spokojem, jednością, poczuciem spełnienia i ulgi? Uważamy, że emocje są niezbędne, by powstała poezja, piosenki, sztuki piękne. Nasze rozumienie „cierpienia” jest mgliste i zarazem ograniczone. Definicja Siddharthy jest bardziej pojemna, a jednocześnie konkretna i jasna.

Niektóre rodzaje cierpienia, takie jak agresja, zazdrość lub ból głowy, mają wyraźnie negatywne zabarwienie, inne natomiast są dotkliwe w znacznie subtelniejszy sposób. Siddhartha uważał, że cierpieniem jest wszystko, co opiera się na niepewności i nieprzewidywalności. Miłość na przykład może być źródłem rozkoszy i poczucia spełnienia, ale nie pojawia się niezależnie ani nagle jak grom z jasnego nieba. Dotyczy kogoś lub czegoś, dlatego jest nieprzewidywalna. Kochając, zależymy od obiektu naszej miłości, więc w pewnym sensie jesteśmy uwiązani. Do tego dochodzi mnóstwo dodatkowych niewidocznych okoliczności. Dlatego nie ma sensu obwiniać rodziców o nasze nieszczęśliwe dzieciństwo lub samego siebie o kłótnie między nimi, gdyż nie jesteśmy świadomi licznych powiązanych ze sobą uwarunkowań, które mają wpływ na takie sytuacje.

Na określenie „szczęścia” i „nieszczęścia” Tybetańczycy używają słów rangłangszenłang. Trudno je dosłownie przetłumaczyć. Rang oznacza „ja”, łang – „siłę”, „prawo”, „uprawnienie”, a szen to „inny”. Ogólnie rzecz biorąc, gdy kontrolujemy bieg spraw, odczuwamy szczęście, kiedy zaś ktoś inny trzyma nas na smyczy, jesteśmy nieszczęśliwi. Zatem „szczęście” to pełna kontrola, swoboda, prawa, czas wolny – bez żadnych przeszkód i ograniczeń. To oznacza, że mamy swobodę wybierania i niewybierania, działania i niedziałania.

Czasem możemy sprawić, by uwarunkowania działały na naszą korzyść: na przykład, bierzemy witaminy, żeby się wzmocnić, lub wypijamy filiżankę kawy, żeby się obudzić. Nie jesteśmy jednak w stanie trzymać świata w garści na tyle mocno, by powstrzymać kolejne tsunami. Nie możemy zapobiec temu, że gołąb uderzy w przednią szybę naszego auta. Nie mamy kontroli nad innymi kierowcami na autostradzie. Większość czasu poświęcamy na to, by zadowolić innych ludzi – głównie dlatego, że sami chcemy poczuć się dobrze. Nie jest miło żyć z kimś, kto cały czas chodzi nadąsany. Ale nie możemy też za każdym razem podnosić wszystkich na duchu. Staramy się i może nawet czasami nam się udaje, ale takie manipulacje wymagają ogromnego zaangażowania. Nie wystarczy w pierwszym dniu związku powiedzieć raz: „Kocham cię”. Trzeba starać się do samego końca – przynosić kwiaty, być uważnym. Jedno potknięcie wystarczy, żeby wszystko, co budujemy, rozpadło się w drobny mak. Czasem, nawet gdy jesteśmy w pełni zaangażowani i uważni, okazuje się, że obiekt naszych uczuć albo nas nie rozumie, albo nie wie, jak zareagować – lub też nie okazuje otwartości.

Młody chłopak marzy o kolacji przy świecach z dziewczyną swoich marzeń; wyobraża sobie, jak zapada zmierzch, jak ją adoruje i urzeka. Jednak niezależnie od tego, czy ma ku temu przesłanki, cała ta wizja to tylko wytwór jego wyobraźni, hipoteza. Tak naprawdę nie jest niemożliwe, byśmy zawsze byli w stu procentach przygotowani na rozwój wypadków. Dlatego wystarczy ledwie jeden procent naszej nieuwagi, żeby jakaś przeszkoda lub przeciwność pomieszała nam szyki – czy będzie to przejęzyczenie, przypadkowy wybuch gazu, czy chwilowe rozkojarzenie kontrolera bagażu na lotnisku.

Być może uważamy, że tak naprawdę wcale nie cierpimy, a jeśli nawet, to nasze cierpienie nie jest aż tak straszne. W końcu nie żyjemy w rynsztoku ani nie zostaliśmy zmasakrowani w Rwandzie. Wielu z nas myśli: „Wszystko gra, oddycham przecież, jem śniadanie, sprawy biegną tak jak powinny, nie cierpię”. Ale co dokładnie przez to rozumiemy? Czy jesteśmy tego w stu procentach pewni? Czy naprawdę przestaliśmy zabiegać o to, by sprawy przybrały lepszy obrót? Czy pozbyliśmy się wszystkich rozterek? Jeśli taka postawa wynika z autentycznego zadowolenia i doceniania tego, co już mamy, to świetnie, bo tego właśnie nauczał Siddhartha. Jednak rzadko doświadczamy takiego stanu. Wciąż nie daje nam spokoju uczucie, że moglibyśmy przeżyć coś więcej. Właśnie ten brak satysfakcji prowadzi do cierpienia.

Rozwiązaniem, które znalazł Siddhartha, jest rozwijanie świadomości naszych emocji. Jeżeli choćby w małym stopniu potrafimy zauważyć emocje w chwili ich powstawania, możemy ograniczyć ich oddziaływanie. Zaczynają przypominać nastolatków w obecności wychowawcy. Ktoś patrzy, więc siła Mary słabnie. Siddhartha uchronił się przed zatrutymi strzałami, ponieważ był w pełni świadom tego, że są tylko złudzeniem. Na tej samej zasadzie nawet nasze najsilniejsze emocje mogą stać się równie nieszkodliwe jak płatki kwiatów. Kiedy zbliżyły się nimfy, Siddhartha doskonale wiedział, że, podobnie jak krąg ognia, są wyłącznie złożonym zjawiskiem – wtedy czar kobiet prysł. Nie udało im się wzniecić w Siddharcie namiętności. My też potrafimy oprzeć się urokowi pokusy, jeśli wiemy, że obiekt naszego pożądania to złożone zjawisko.

Kiedy zaczynamy dostrzegać, jak niszczące są emocje, stopniowo rozwijamy świadomość. Dzięki niej rozumiemy na przykład, co może nam grozić w chwili, gdy stoimy na krawędzi urwiska. Oczywiście moglibyśmy jakby nigdy nic pójść dalej. Świadome spacerowanie nad brzegiem przepaści nie jest już wtedy tak straszne; staje się raczej ekscytujące. Strach pojawia się wtedy, gdy czegoś nie wiemy. Świadomość nie pozbawia nas życia – przeciwnie, sprawia, że żyjemy pełniej. Gdy rozkoszujemy się filiżanką herbaty i zarazem rozumiemy gorycz i słodycz przemijających rzeczy, wtedy naprawdę możemy odczuwać nieskrępowaną przyjemność.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Dzongsara Dżamjanga Kjence Rinpocze „Jak nie być buddystą”. Cały tekst dostępny jest do bezpłatnego pobrania, jako e-book na stronie http://dharmaebooks.org.