Dla buddysty pytanie o cel życia jest pytaniem niewłaściwym, ponieważ w ten sposób sugerujemy, że hen tam, w jakiejś jaskini albo na szczycie góry istnieje ostateczny cel. Albo że moglibyśmy rozwikłać ostateczną tajemnicę, ucząc się od żyjących świętych mistrzów, czytając księgi lub doskonaląc się w ezoterycznych praktykach. Jeżeli pytanie to opiera się na założeniu, że wieleset lat temu jakiś człowiek lub bóg wymyślił formułę szczęścia, to jest to pytanie teistyczne. Buddyści nie wierzą w istnienie wszechmogącego stwórcy, nie uważają też, że cel życia jest lub musi być określony i zdefiniowany.

Właściwszym pytaniem byłoby: „Czym jest życie?”. Skoro rozumiemy nietrwałość, odpowiedź wydaje się oczywista: „Życie to nieskończony ciąg powiązanych ze sobą zjawisk; jako takie jest nietrwałe”. Życie to nieustanna zmienność, kalejdoskop przemijających doświadczeń. Świat wypełniają przeróżne formy życia, a jednak wszystkie coś łączy – żadna z żyjących istot nie chce cierpieć. Wszystkie pragną szczęścia, poczynając od prezydentów i multimilionerów, a na pracowitych mrówkach, pszczołach, krewetkach i motylach kończąc.

Oczywiście poszczególne formy życia różnie rozumieją „cierpienie” i „szczęście”, zresztą jest tak nawet w obrębie niewielkiej grupy ludzi. Zdarza się, że definicja „szczęścia” dla jednych jest definicją „cierpienia” dla drugich i na odwrót. Dla niektórych szczęście to po prostu możliwość przetrwania. Inni, żeby czuć się szczęśliwi, muszą mieć siedemset par butów. Są tacy, których uszczęśliwia podobizna Davida Beckhama wytatuowana na bicepsie. Czasami ceną szczęścia jest życie innej istoty, jak wtedy gdy zależy ono od zdobycia płetwy rekina, udka kurczaka lub członka tygrysa. Niektórzy odnajdują szczęście w delikatnym erotycznym łaskotaniu piórem, podczas gdy inni preferują tarkę do sera, bicze i łańcuchy. Król Edward VIII wolał poślubić amerykańską rozwódkę, niż nosić koronę potężnego Imperium Brytyjskiego.

Widzimy, że nawet u jednego człowieka rozumienie „szczęścia” i „cierpienia” ulega zmianie. Beztroskie chwile flirtu mogą nagle się skończyć, jeśli jedna ze stron zapragnie poważniejszego związku. W miejsce nadziei pojawia się strach. Dla dziecka szczęściem jest budowanie na plaży zamków z piasku. Dla nastolatków – podglądanie dziewcząt w bikini lub surferów z obnażonym torsem. Kiedy doroślejemy, uszczęśliwiają nas pieniądze i kariera, a po przekroczeniu osiemdziesiątki – ceramiczne solniczki. Dla wielu z nas celem życia jest właśnie bezustanne działanie pod dyktando tych niekończących się zmiennych definicji.

Rozumienia „szczęścia” i „cierpienia” uczymy się przeważnie od społeczeństwa, w którym żyjemy. Porządek społeczny narzuca nam sposób, w jaki mierzymy zadowolenie. Dzieje się tak, ponieważ wyznajemy wspólne wartości. Dwóch ludzi z odległych zakątków świata może doświadczać tych samych uczuć – przyjemności, wstrętu, strachu – w następstwie odmiennych kulturowych wyznaczników szczęścia. Dla Chińczyków rarytasem są kurze nóżki, Francuzi zaś uwielbiają rozsmarowywać na toście tuczone gęsie wątróbki. Wyobraźmy sobie, jak wyglądałby świat, w którym nigdy nie istniał kapitalizm, a wszyscy ludzie żyliby zgodnie z pragmatyczną filozofią komunisty Mao Zedonga. Czulibyśmy się w pełni szczęśliwi bez centrów handlowych, luksusowych aut, Starbucksa, konkurencji, przepaści między bogatymi i biednymi – mielibyśmy powszechną opiekę zdrowotną, a rowery uważalibyśmy za więcej warte niż humvee. Ale zamiast tego uczymy się pragnąć. W poprzednim dziesięcioleciu w odległym królestwie Bhutanu w Himalajach symbolem największego dobrobytu były magnetowidy. Stopniowo jednak ich miejsce w bhutańskiej wizji szczęścia i powodzenia zaczęła zajmować toyota land cruiser.

Nawyk przyjmowania standardów grupy jako własnych kształtuje się już we wczesnym dzieciństwie. Najpierw zauważamy, że inne dzieci mają pewien typ piórnika. Bardzo chcemy zdobyć taki sam piórnik, żeby upodobnić do kolegów. Mówimy o tym matce i od posiadania tego piórnika zależy nasze poczucie szczęścia. I tak aż do dorosłości. Sąsiedzi mają telewizor plazmowy albo jeepa, więc też chcemy go mieć, a najlepiej większy i nowszego typu. Rywalizacja i pragnienie posiadania tego, co mają inni, występują również na płaszczyźnie kulturowej. Często zwyczaje i tradycję innej kultury cenimy bardziej niż własne. Jakiś czas temu pewien nauczyciel z Tajwanu postanowił nosić długie włosy na tradycyjną chińską modłę. Wyglądał bardzo elegancko, przypominał starodawnego wojownika, ale dyrektor szkoły, w której pracował, zagroził mu, że go zwolni, jeżeli nie będzie się „odpowiednio zachowywał”, co oznaczało krótkie włosy, obcięte zgodnie ze współczesnym zachodnim obyczajem. Nauczyciel się ostrzygł, lecz wyglądał, jakby poraził go prąd.

To niebywałe, jak bardzo Chińczycy wstydzą się własnych korzeni, zresztą w Azji można znaleźć wiele przykładów podobnych kompleksów wypływających z poczucia niższości lub wyższości. Z jednej strony Azjaci są bardzo dumni ze swojej kultury, z drugiej jednak uważają ją za odpychającą i zacofaną. Prawie we wszystkich sferach życia – ubiór, muzyka, moralność, a nawet systemy polityczne – zastąpili ją kulturą Zachodu.

Zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i kulturowej chętnie przyjmujemy obce sposoby osiągania szczęścia i zapobiegania cierpieniu. Rzadko natomiast uświadamiamy sobie, że często przynoszą one skutki zgoła odmienne od oczekiwanych. Nieudane ich przeszczepianie jest źródłem nowych trosk, ponieważ nie tylko nadal cierpimy, ale czujemy się też wyobcowani z otaczającego nas świata i nie umiemy dopasować się z powrotem do dawnej obyczajowości.

Można zaryzykować twierdzenie, że niektóre kulturowe definicje „szczęścia” do pewnego stopnia zdają egzamin. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli mamy trochę pieniędzy na koncie, dach nad głową, pełny żołądek, porządne buty i inne podstawowe środki do życia, wtedy czujemy się szczęśliwi. Ale przecież indyjscy sadhu albo tybetańscy wędrowni eremici czują się szczęśliwi bez klucza i zamka – nie boją się, że ktoś ukradnie ich dobytek, bo po prostu niczego nie mają.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Dzongsara Dżamjanga Kjence Rinpocze „Jak nie być buddystą”. Cały tekst dostępny jest do bezpłatnego pobrania, jako e-book na stronie http://dharmaebooks.org.