Współczucie jest pragnieniem, by wszystkie istoty uwolniły się od cierpienia i jego przyczyn. Podobnie jak miłość rozwija się ono, kiedy postrzegamy szczęście i cierpienie każdej istoty jako jednakowo ważne.

Litując się nad kimś natomiast, nierównomiernie rozkładamy siły: widzimy samego siebie jako kogoś lepszego i protekcjonalnie, z fałszywą troską litujemy się nad tymi, których mamy za gorszych od siebie. Współczucie jest bardzo bezpośrednie i nie czyni różnic. Współczujący pragnie ulżyć w cierpieniu każdemu, bez względu na to, kto cierpi, i jeżeli ma okazję pomóc — choćby trochę — po prostu pomaga.

Jeżeli na przykład nadepniemy na drzazgę, ręka sięga do stopy, wyciąga drzazgę i zakłada opatrunek. Przy czym ręka nie mówi: „Stopo, aleś ty głupia! Mówiłam ci: uważaj, gdzie leziesz — ale ty zawsze swoje! No i muszę się tobą zajmować. Teraz pamiętaj, że jesteś mi winna wdzięczność”. Dlaczego ręka tak nie „myśli”? Bo zarówno ręka, jak i stopa są częściami jednego organizmu — pomagają sobie odruchowo, nie zastanawiając się nad tym. Podobnie, jeśli uważamy siebie za część tego samego organizmu, w którego skład wchodzą wszystkie żywe istoty, będziemy wychodzić im naprzeciw tak, jakby byli nami. Taki właśnie rodzaj współczucia próbujemy rozwinąć w sobie dzięki praktyce.

Źródło: fragment książki Thubten Cziedryn „Buddyzm dla początkujących”, Wydawnictwo Mudra, tłumaczenie Julitta Nowik-Grodek